Przejdź do głównej zawartości

Ten, który widział. God of Wrath — Rina Kent

Rina Kent God of Wrath recenzja

Jest pewen szczególny rodzaj samotności, który w gruncie rzeczy okazuje się znacznie gorszy od bycia niekochanym.

To dojmująca samotność bycia absolutnie niezrozumianym przez tych, którzy są przekonani, że znają cię najlepiej na świecie. To ten moment, kiedy wszyscy wokół widzą jedynie starannie wyreżyserowaną wersję ciebie, którą dla nich stworzyłaś. I nikt, absolutnie nikt, nie zadaje sobie trudu, by sprawdzić, co kryje się pod spodem. Nie wynika to koniecznie z ich znieczulicy czy braku miłości. Powód jest znacznie prostszy, a przez to bardziej przerażający: stworzona fasada jest wystarczająco przekonująca. Wystarczająco wygodna dla otoczenia. Wystarczająco estetyczna i bezpieczna, by nikt z bliskich nie poczuł wewnętrznej potrzeby szukania głębiej.

Cecily Knight opanowała sztukę budowania takiej fasady do perfekcji. I to właśnie Jeremy Volkov jest pierwszą osobą w jej życiu, która nie daje się na to nabrać nawet na ułamek sekundy.

To genialny punkt wyjścia dla God of Wrath. Rina Kent doskonale wie, że ta jedna fundamentalna relacja wystarczy, by wznieść na niej całe skomplikowane napięcie tej powieści. Jeremy nie jest klasycznym bohaterem literackim, który uczy się kochać swoją partnerkę mimo jej trudnej, skomplikowanej przeszłości. On kocha ją poprzez nią. Jego własne doświadczenia, wyniesione z domu rodzinnego, wyostrzyły jego zmysły i nauczyły go dostrzegać anomalie tam, gdzie inni widzą idealny porządek. Dzieciństwo spędzone w cieniu specyficznej, początkowo mocno destrukcyjnej dynamiki rodziców zostawiło w nim unikalny, psychologiczny radar – rzadką umiejętność natychmiastowego, bezbłędnego rozpoznawania cudzego bólu, który ktoś za wszelką cenę stara się ukryć przed światem. Jeremy widział to u źródła: w swojej matce, w tym, jak funkcjonuje człowiek niosący w sobie destrukcyjny ciężar, który nie pozwala nikomu zbliżyć się na odległość strzału.

I dokładnie to samo zamrożenie wykrywa pod gładką powłoką Cecily.

Właśnie ten moment w całej książce zatrzymuje najmocniej. To nie jest kwestia czystego, pierwotnego pożądania czy faktu, że Jeremy staje się przy niej nieprzewidywalny i skrajnie intensywny. Prawdziwe sedno tkwi w tym, że w momencie, gdy dostrzega w niej echo traumy tak bliskiej jego własnej historii, nie wykonuje kroku w tył. A przecież mógłby to zrobić. Z punktu widzenia czystego instynktu samozachowawczego byłoby to całkowicie uzasadnione – chronić własne, z trudem poukładane rany i nie wchodzić w relację, która boli tak znajomo. Jeremy jednak zostaje. Podejmuje świadomą decyzję, by nie odwracać wzroku. Zaczyna patrzeć jeszcze uważniej, z chirurgiczną precyzją.

Cecily z kolei decyduje się na krok, który z jej perspektywy wymaga znacznie większej odwagi niż samo przyznanie się do bezsilności – pozwala mu na to patrzenie. Robi to powoli, z ogromnym, wewnętrznym oporem, z całą tą instynktowną niechęcią właściwą ludziom, którzy dawno temu zakodowali sobie w głowie, że bycie autentycznie widzianym równa się śmiertelnemu niebezpieczeństwu. Jednak Jeremy nie pozwala się odepchnąć. I nie wynika to z jego zwykłego, ślepego uporu czy chęci postawienia na swoim. Dzieje się tak, ponieważ on doskonale rozumie architekturę tego oporu. Wie, przed czym ona się broni.

Tu dotykamy kwestii, o której gatunek dark romance mówi niezwykle rzadko w sposób tak dojrzały: najgłębsza, najbardziej rozrywająca intymność między dwojgiem ludzi rzadko kiedy ma cokolwiek wspólnego z bliskością fizyczną. Prawdziwa intymność to bycie rozpoznanym. To ten paraliżujący i uwalniający jednocześnie moment, kiedy drugi człowiek patrzy na ciebie, bezbłędnie demaskuje wersję na pokaz, dociera do tej najbardziej poranionej, prawdziwej tkanki – i decyduje się zostać.

W tym miejscu ujawnia się element, który w konstrukcji tej powieści cenię najbardziej. Jeremy jest postacią skrajnie kontrolującą – to fakt, zaprzeczanie temu nie miałoby sensu. Ma wręcz obsesyjną potrzebę panowania nad sytuacją, nad przestrzenią i nad każdą mikrosekundą tego, co rodzi się między nimi. W ramach mrocznej, skrajnie przerysowanej logiki tej historii Rina Kent stawia tu jednak bardzo wyraźną, grubą kreskę między kontrolą traktowaną jako bezduszne narzędzie opresji a kontrolą będącą specyficzną, surową formą opieki. Jeremy nie stosuje klasycznego wymuszenia. Nie spycha Cecily w rejony, na które jej wnętrze nie wyraża zgody. Paradoksalnie, on daje jej dokładnie to, czego ona podświadomie pragnie, i robi to z pełną, niemal przerażającą świadomością jej własnych, głęboko skrywanych pragnień. To fundamentalna różnica. Kontrola, która rodzi się z uważnego wglądu w drugą osobę i staje się odpowiedzią na jej niemy krzyk, to zupełnie inny kaliber niż bezmyślna dominacja, która o nic nie pyta.

God of Wrath funkcjonuje jako trzeci tom Legcy of Gods i teoretycznie pozwala na autonomiczną lekturę. Jednak pozbawianie się kontekstu skomplikowanych relacji rodzinnych Volkovów (Deception Trilogy) i Knightów (Black Knight) dawałoby niepełny obraz sytuacji. Obserwowanie Jeremy'ego jako postaci drugoplanowej w trylogii jego rodziców buduje unikalne napięcie na długo przed tym, zanim dostaje on przestrzeń na własny głos. I trzeba przyznać, że ta historia była warta każdej minuty czekania.

Rina Kent stworzyła opowieść o dwojgu ludziach, których przeszłość ze wszystkimi swoimi demonami miała pełne prawo ich od siebie odepchnąć i zniszczyć. Zamiast tego, stała się mostem. Nie dlatego, że doznana trauma w magiczny sposób ich uleczyła. Stało się tak dlatego, że ich traumy potrafiły porozumieć się bez słów.


Rina Kent
God of Wrath 
Legacy of Gods #3
Przełożyła: Anna Zborowska-Cinciała
Wydawnictwo NieZwykłe Zagraniczne, 2026


Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Recenzja: "Nowe oblicze Greya" E L James

Autor: E L James Tytuł: "Nowe oblicze Greya" Tytuł oryginału: "Fifty Shades Freed" Cykl: Pięćdziesiąt Odcieni Tom: 3 Wydawnictwo: Sonia Draga Data wydania: styczeń 2013 Liczba stron: 688 Trzeci tom najbardziej kontrowersyjnej i bestsellerowej serii 2012 roku, kończący historię nieoczekiwanej miłości zwykłej dziewczyny Anastasii Steele i milionera Christiana Greya, miał polską premierę 4 dni temu. Przypuszczam, że sprzedaje się równie szybko, jak pozostałe dwa tomy. A może nawet szybciej.  Ana i Christian rozpoczęli wspólne życie pod jednym dachem i okazało się ono nie lada wyzwaniem. Po bajecznym ślubie i miesiącu miodowym spędzonym w  Europie, muszą stawić czoła codzienności. Dwa zupełnie inne spojrzenia na świat prowadzą do konfliktów i kłótni. W rezultacie Greyowie doprowadzają się nawzajem do białej gorączki. Anastasia nie może przyzwyczaić się do wszechobecnej ochrony i prób kontrolowania jej na każdym kroku, Christian zaś nie ...

Recenzja: "Ostra gra" Olivia Cunning

Autor: Olivia Cunning Tytuł: "Ostra gra" Tytuł oryginału: "Rock Hard" Cykl: Sinners on Tour Tom: 2 Wydawnictwo: Amber Data wydania: luty 2013 Liczba stron: 368 Na tle innych tego typu książek, Olivia Cunning ze swoim rockowym pomysłem wypada dość interesująco. Dlatego po całkiem miłym doświadczeniu z "Za sceną", sięgnęłam po drugi tom serii o Sinnersach. Tym razem fabuła skupia się na postaci wokalisty zespołu, Seda Lionhearta. Korzystający z uroków życia mężczyzna, w głębi serca wciąż tęskni za swoją dawną miłością, Jessicą - piękną studentką prawa. Kiedy Sed i Jess nieoczekiwanie spotykają się w trakcie wieczoru kawalerskiego gitarzysty Sinnersów, Briana, uczucia między nimi wybuchają na nowo. Początkowa nienawiść przeplata się z namiętnością i szaleńczym pożądaniem.  Jednak ich spotkanie prowokuje poważną bójkę członków zespołu z ochroniarzami w pewnym klubie. Skutkiem są poważne problemy zdrowotne jednego z Sinne...

Recenzja: "Fastlane milionera" MJ DeMarco

Autor: MJ DeMarco Tytuł: "Fastlane milionera" Tytuł oryginału: "The Millionaire Fastlane. Crack The Code to Wealth and Live Rich for a Lifetime" Wydawnictwo: Gall Data wydania: sierpień 2012 Liczba stron: 550 Do "Fastlane milionera" przymierzałem się od dawna. Jak na książkę biznesową pod względem grubości jest ona "cegłą" i mogłoby się wydawać, że przeczytanie jej może być katorgą. Nic bardziej mylnego. Po kilku pierwszych rozdziałach książka MJ DeMarco wydała mi się kolejną "nic nie wnoszącą" pozycją o tym jak fajnie być bogatym i jak łatwo to osiągnąć. Autor wysuwał bardzo podobne stwierdzenia do innych "guru finansowych" jednocześnie wyśmiewając teorie tych "guru" np. Roberta z Hawajów (strasznie mi się spodobało to określenie na Kiyosakiego). Jednak ostatecznie okazało się, że "Fastlane milionera" jest zupełnie inna i daje czytelnikowi dużo więcej, a początkowe ogólniki sta...