Przejdź do głównej zawartości

Recenzja: „Jeszcze słychać tę muzykę. Biłgoraj – sztetl utracony" Andrzej Krawczyk – o mieście, które noszę w sobie


Są takie lektury, przy których trzeba co chwila robić pauzę. Nie dlatego, że są trudne w odbiorze, ale dlatego, że ważą zbyt wiele, by przyjąć je na raz. „Jeszcze słychać tę muzykę” Andrzeja Krawczyka wymagała ode mnie wielu takich przerw i głębokich oddechów. Bo to opowieść o moim mieście. O Biłgoraju.

Spędziłam tam dzieciństwo i młodość. Po maturze wyjechałam do Warszawy na studia i już nigdy nie wróciłam na stałe. Ale serce? Serce zostało tam. W lasach Puszczy Solskiej, gdzie sosny szumią tak, jakby opowiadały historie starsze od nas wszystkich. Na ścieżkach Roztocza, gdzie powietrze jest tak czyste, że pierwszy oddech po powrocie zawsze smakuje jak reset — jakby ktoś wyłączył miejski szum i włączył ciszę. Wzgórza pokryte bukami, poranne mgły, zapach żywicy i mokrej trawy po deszczu. To jest krajobraz, który noszę pod powiekami, niezależnie od tego, ile lat minęło i ile kilometrów dzieli mnie od rodzinnego domu.

Biłgoraj. Dla większości Polaków to mała kropka na mapie województwa lubelskiego. Ale ci, którzy znają tę nazwę, kojarzą ją z jednym z trzech powodów. Z sitarzami — rzemieślnikami, którzy od XVII wieku wyruszali stąd w świat ze swoimi wyrobami, docierając aż do Rosji, Turcji i Anglii, rozsławiając miasteczko na połowę Europy. Z Isaakiem Bashevisem Singerem — laureatem literackiego Nobla z 1978 roku, który wprawdzie urodził się pod Warszawą, ale to właśnie Biłgoraj stał się modelem żydowskiego sztetla w jego twórczości, miejscem, które kształtowało jego wyobraźnię i do którego wracał w powieściach przez całe życie. I z Grzegorzem Ciechowskim, który w „Piejo kury piejo" wykorzystał nagranie biłgorajskiej śpiewaczki ludowej Anny Malec — i nagle cała Polska nuciła „to jest ładna, to jest ładna biłgorajsko nuta".

Ale Krawczyk opowiada o czymś, o czym wciąż mówi się za mało. O biłgorajskich Żydach. O społeczności, która przed wojną stanowiła ogromną część mieszkańców miasta. O ludziach, którzy żyli tuż obok. Handlowali na tym samym rynku, chodzili tymi samymi ulicami, wychowywali dzieci, które bawiły się z dziećmi moich pradziadków. I którzy zniknęli. Brutalnie, bezpowrotnie, niemal bez śladu.

Pamiętam opowieści mojego dziadka o rozstrzeliwaniach. Jako dziecko nie do końca rozumiałam ich ciężar. Były jak echo z innego świata — straszne, ale abstrakcyjne. Ta książka sprawia, że w końcu rozumiem. Krawczyk nie pisze suchego podręcznika historii — pisze o ludziach. O konkretnych twarzach, imionach, historiach. O sztetlu, który tętnił życiem, muzyką i modlitwą, a potem został wymazany z mapy tak dokładnie, że dzisiaj trzeba szukać śladów z latarką.

I właśnie to boli najbardziej. Że z tamtej kultury niemal nic nie zostało. Tak, stoi rekonstrukcja drewnianej synagogi w Miasteczku na Szlaku Kultur Kresowych — piękna replika XVII-wiecznej świątyni z Wołpy. Jest pomnik Singera w jednym w parków przy głównej ulicy. Są tablice pamiątkowe, inicjatywy. Ale to wszystko jest echem, nie głosem. I tytuł książki Andrzeja Krawczyka idealnie to oddaje.  „Jeszcze słychać tę muzykę". Jeszcze. Ale z każdym rokiem coraz ciszej.

Czytanie tej książki jako biłgorajanka to zupełnie inne doświadczenie niż czytanie jej z zewnątrz. Chodziłam ulicami, które autor opisuje. Znam zakątki, które dla kogoś obcego są tylko nazwami na mapie, a dla mnie są wspomnieniami — spacerami, drogą do szkoły, miejscami, w których dorastałam nie wiedząc, ile historii kryje się pod ich powierzchnią. I ta świadomość — że to, o czym czytam, wydarzyło się dokładnie tam — sprawia, że każda strona waży więcej niż powinna.

Wyjechałam z Biłgoraja, ale Biłgoraj nie wyjechał ze mnie. I może właśnie dlatego ta książka uderzyła tak mocno. Bo Andrzej Krawczyk napisał o mieście, które znam od zawsze, ale które dzięki niemu zobaczyłam na nowo. Z warstwami, których nie widać gołym okiem. Z cieniami ludzi, których już nie ma, ale których historie wciąż jak echo niosą te same ulice, te same lasy, ta sama ziemia.

To nie jest książka, którą się „czyta". To książka, przy której się milczy. Przy której zatrzymujesz się i słuchasz — czy jeszcze słychać tę muzykę. I modlisz się w duchu, żeby nigdy nie ucichła.


* Post powstał we współpracy z wydawnictwem Znak Horyzont



Andrzej Krawczyk
Jeszcze słychać tę muzykę. Biłgoraj — sztetl utracony
Wydawnictwo Znak Horyzont, 2026



Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Recenzja: "Płomień Crossa" Sylvia Day

Autor:  Sylvia Day Tytuł:  "Płomień Crossa" Tytuł oryginału:  "Reflected in You" Cykl:  Crossfire Tom:  2 Wydawnictwo:  Wielka Litera Data wydania:  luty 2013 Liczba stron:  378 Trylogia Crossfire (w polskim przekładzie Dotyk Crossa) nie budzi aż tak skrajnych emocji jak Pięćdziesiąt Odcieni, choć często obie pozycje są do siebie porównywane. Ale po przeczytaniu drugiego tomu muszę stwierdzić, że E L James przy Sylvii Day wypada dość blado. Eva i Gideon próbują stworzyć udany związek na przekór własnym, zadawnionym ranom. Zderzenie dwóch zaborczych osobowości wiele ich kosztuje, ale postanawiają walczyć o siebie nawzajem. Powoli wszystko zaczyna się układać, choć żadne z nich nie przywykło do kompromisów. Gideon stopniowo pokazuje swoje łagodniejsze oblicze, a Eva stara się okiełznać chorobliwą zazdrość. Ich relacja zdaje się zmierzać w dobrym kierunku, aż nagle wszystko zaczyna się walić. Gideon ma coraz więce...

Recenzja: "Edukacja Kopciuszka" Gina L. Maxwell

Autor: Gina L. Maxwell Tytuł: "Edukacja Kopciuszka" Tytuł oryginału: "Seducing Cinderella" Wydawnictwo: Amber Data wydania: grudzień 2012 Liczba stron: 256 W porze jesienno - zimowej częściej sięgam po typowo kobiecą literaturę. Ta skłonność zaprowadziła mnie ostatnio w kierunku "Edukacji Kopciuszka". Wahałam się, bo czuję już przesyt literaturą erotyczną, a tu na okładce wprost "krzyczy" porównanie do "Pięćdziesięciu twarzy Greya". O dziwo, okazało się, że zupełnie bez powodu. Lucie Miller jest świetną fizjoterapeutką, od lat podkochującą się w ortopedzie, który widzi w niej wyłącznie szarą myszkę. Pewnego dnia do drzwi jej gabinetu puka Reid Andrews, mistrz MMA, zmagający się z poważną kontuzją. I, jak się okazuje, najlepszy przyjaciel jej brata. Nieoczekiwane spotkanie po latach w obojgu budzi entuzjazm. Reid w ciągu dwóch miesięcy musi wrócić do formy, żeby stoczyć swoją najważniejszą walkę. Proponuj...

Recenzja: "S.E.K.R.E.T." L. Marie Adeline

Autor: L. Marie Adeline Tytuł: "S.E.K.R.E.T." Tytuł oryginału: "S.E.C.R.E.T." Cykl: S.E.K.R.E.T. Tom: 1 Wydawnictwo: W.A.B. Data wydania: lipiec 2013 Liczba stron: 320