Wystarczył jeden wieczór, żeby rzeczywistość rozsypała się na kawałki, których nie da się już ze sobą skleić. Żeby stracić wszystko, co definiowało codzienność i dawało poczucie bezpieczeństwa.
Tak zaczyna się Co przyniesie jutro — opowieść, która okazała się dla mnie tym samym cichym, głębokim szeptem co uwielbiane przeze mnie Życie Violette Valérie Perrin. Nie dlatego, że opowiada tę samą historię. Łączy je raczej sposób patrzenia na stratę — bez pośpiechu, bez łatwych odpowiedzi, z ogromną uważnością na rzeczy najmniejsze.
To książka, która nie krzyczy, nie szuka taniego dramatyzmu i nie epatuje płaczem na pokaz. Powoli osiada na sercu i zostaje tam na długo.
Amande poznajemy dopiero wtedy, gdy najgorsze już się stało. Kiedy decyduje się na ucieczkę i wynajmuje stary dom na prowincji. Zamiast wspólnego, spokojnego życia dostaje duszne, puste cztery ściany. Odcina się od ludzi, nie odsłania okien, odmawia przyjmowania gości.
Staje się duchem we własnym życiu. Zamknięta w bezpiecznej ciemności, nie potrafi znieść widoku słońca, które za oknem bezczelnie świeci dalej, całkowicie ignorując jej prywatny koniec świata.
Amande nie opłakuje tylko jednej osoby. Jej strata ma podwójne, potworne dno — odbiera jej nie tylko to, co było, ale również całą wyobrażoną przyszłość. W jednym momencie znika człowiek, z którym miała się zestarzeć, i całe jutro, które dopiero zaczynała planować.
Po takim ciosie zostaje tylko spalona ziemia.
To jeden z najbardziej przejmujących i prawdziwych portretów żałoby, jakie spotkałam w literaturze. Mélissa Da Costa nie upiększa cierpienia ani na moment. Nie robi z niego poetyckiego, estetycznego obrazka do zapłakania nad stronami książki. Pokazuje surową, niemal fizyczną wegetację. Powolne umieranie za życia, kiedy odchodzą osoby będące twoim fundamentem, a ty nagle budzisz się rano i orientujesz, że bez nich nie masz pojęcia, kim właściwie jesteś.
I wtedy, w samym środku tej paraliżującej ciszy, Amande znajduje kalendarze poprzedniej właścicielki domu — pani Hugues.
Z pozoru to nic nieznaczące, stare zeszyty. Odręczne, proste zapiski o roślinach, kaprysach pogody, o tym, kiedy przyciąć krzewy, a kiedy zasiać warzywa. Drobne, banalne ślady cudzej codzienności.
Ale to właśnie te najmniejsze rzeczy stają się dla Amande pierwszym uchylonym oknem, przez które do jej ciemnego pokoju wpada świeże powietrze.
Proces wracania do żywych jest w tej książce rozpisany genialnie. Nie ma tu nagłych uzdrowień ani jednego momentu olśnienia, po którym wszystko zaczyna być dobrze. Amande rusza naprzód bardzo małymi, niemal niewidocznymi krokami.
Przez ziemię pod paznokciami. Przez kontakt z naturą. Przez ciężką pracę fizyczną, która do cna męczy ciało i dzięki temu choć na chwilę uwalnia głowę od paraliżujących myśli.
Ogród pani Hugues domaga się uwagi, a natura nie zamierza czekać, aż Amande poczuje się lepiej. Po prostu żyje, puszcza pędy i rośnie, zmuszając bohaterkę do wejścia w swój odwieczny rytm.
Z czasem w tej przestrzeni pojawia się kot, który wchodzi do domu Amande tak naturalnie, jakby mieszkał tam od zawsze. Pojawiają się też ludzie — nienachalni, niespieszący się z radami, oferujący po prostu swoją cichą, cierpliwą obecność.
Najważniejsze jest jednak to, że Da Costa nie daje nam prostych, hollywoodzkich rozwiązań. Nie znajdziecie tu jednego przełomowego momentu, po którym ból magicznie znika. Autorka przypomina o prawdzie, o której we współczesnym świecie często zapominamy: żałoba jest procesem, nie jednorazowym wydarzeniem. Nie ma terminu ważności i każdy ma prawo przeżywać ją po swojemu, we własnym tempie i własnym, często niezrozumiałym dla otoczenia językiem.
Co przyniesie jutro ma w sobie niesamowitą, zmysłową teksturę. Ta książka pachnie wilgotną glebą, powietrzem rozgrzanym słońcem i miętą. Jest jak szelest wiatru w koronach drzew, śpiew ptaków o poranku i ciepłe mruczenie na kolanach.
Da Costa potrafi pisać o codzienności tak, że zaczyna ona nieść ciężar znacznie większy niż wielkie deklaracje. Nie potrzebuje patetycznych monologów ani dramatycznych zwrotów. Wystarcza jej ogród, stary kalendarz, miska postawiona dla kota i światło wpadające przez uchylone okno.
To cicha opowieść o stracie tak przejmującej, że za jej progiem nie widać już absolutnie nic — i o powolnym, bardzo nieśmiałym odzyskiwaniu nadziei, że życie po katastrofie jednak istnieje.
Nie takie samo jak dawniej. Inne. Wolniejsze. Przeżywane znacznie bardziej świadomie.
Bo kiedy już raz poznasz smak ostatecznego pożegnania — kiedy na własnej skórze doświadczysz, że wystarczy ułamek sekundy, by zniknęło wszystko, co kochałaś najbardziej — zaczynasz żyć zupełnie inaczej.
Przestajesz biec.
Zaczynasz zauważać drobiazgi.
One nie wymazują ran.
Ale pomagają z nimi oddychać.
Komentarze
Prześlij komentarz