Twój pies jest z tobą każdego dnia. Śpi obok, chodzi z tobą na spacery, wypełnia ciszę domu, w którym kiedyś mieszkały dwie osoby.
A potem ktoś mówi, że nie możesz go już zatrzymać.
Dla twojego dobra.
I chyba właśnie w tych trzech słowach mieści się cały ból Kiedy żurawie odlatują na południe.
Bo Bo wciąż tu jest. Wciąż myśli, pamięta, kocha. Ma swoje przyzwyczajenia, swój dom, swojego psa i własne zdanie. Tylko ciało coraz częściej odmawia mu posłuszeństwa, a świat wokół zaczyna się kurczyć.
Jego żona Fredrika przebywa w ośrodku dla osób chorujących na demencję. Do domu Bo regularnie przychodzą pracownicy opieki, a syn Hans coraz częściej martwi się o to, czy ojciec nadal może funkcjonować samodzielnie. Największym punktem zapalnym staje się Sixten — ukochany pies Bo, którego Hans chciałby mu odebrać, przekonany, że ojciec nie jest już w stanie bezpiecznie się nim zajmować.
I rzecz w tym, że podczas czytania niezwykle trudno jednoznacznie powiedzieć, kto ma rację.
Bo przecież troska Hansa nie bierze się znikąd. Widzimy słabnące ciało Bo. Widzimy codzienne czynności, które stają się coraz trudniejsze. Rozumiemy strach syna i odpowiedzialność, którą nagle musi wziąć za człowieka, który przez większość życia był tym silniejszym.
A jednocześnie jesteśmy w głowie Bo.
I z jego perspektywy sytuacja wygląda zupełnie inaczej.
Bo starość nie sprawiła, że przestał być człowiekiem, którym był przez całe życie. W środku nadal pozostaje sobą. Nadal ma potrzeby, lęki, przywiązania. Nadal chce decydować, z kim mieszka, co robi i jak wygląda jego dzień.
Tylko coraz częściej inni zaczynają patrzeć przede wszystkim na to, czego już nie potrafi.
I właśnie ten rozdźwięk Ridzén pokazuje niezwykle boleśnie: między tym, jak widzimy siebie, a tym, jak zaczyna widzieć nas otoczenie, kiedy ciało przestaje nadążać za człowiekiem, który w nim mieszka.
To nie jest starość pokazana z bezpiecznej odległości.
Nie jest wzniosła. Nie jest estetyczna. Nie zostaje sprowadzona do spokojnego siedzenia w fotelu i wspominania minionego życia.
Jest fizyczna.
Ciało boli, słabnie, zawodzi. Rzeczy, które kiedyś wykonywało się bez zastanowienia, nagle wymagają pomocy. Prywatność zaczyna mieć coraz bardziej umowne granice. Człowiek musi przyzwyczaić się do tego, że obcy wchodzą do jego domu, pytają o potrzeby, pomagają w najbardziej intymnych czynnościach i zapisują kolejne informacje o jego stanie.
Ridzén nie odwraca od tego wzroku.
A jednak nigdy nie odbiera Bo godności.
Wręcz przeciwnie — im bardziej jego ciało przestaje być sprawne, tym mocniej autorka przypomina, że pod wszystkimi ograniczeniami nadal znajduje się dokładnie ten sam człowiek.
Bardzo mocno działa tu również konstrukcja powieści. Poszczególne fragmenty przeplatają krótkie zapisy pracowników opieki — chłodne, praktyczne, sprowadzające dzień Bo do wykonanych czynności i obserwacji. Sam pomysł ma zresztą bardzo osobiste źródło: Ridzén zainspirowały notatki pozostawiane rodzinie przez zespół opiekujący się jej dziadkiem pod koniec jego życia.
I ten kontrast jest przejmujący.
Kilka zdań może powiedzieć, że ktoś zjadł śniadanie, przyjął pomoc, miał gorszy dzień.
Ale nie powie, co wydarzyło się w jego głowie.
Nie zapisze tęsknoty za kobietą, z którą spędził życie. Nie zmierzy ciężaru wspomnień. Nie pokaże strachu przed kolejną rzeczą, którą ktoś może uznać za zbyt niebezpieczną. Nie wyjaśni, dlaczego obecność psa może znaczyć więcej niż najbardziej racjonalny argument.
I chyba właśnie to poruszyło mnie najbardziej.
Nie samo odchodzenie.
Powolne odbieranie człowiekowi kolejnych kawałków codzienności.
Tych pozornie niewielkich rzeczy, które dla kogoś patrzącego z zewnątrz mogą wydawać się nieistotne, ale dla osoby, której dotyczą, są ostatnimi punktami zaczepienia.
Własny dom.
Własny rytm dnia.
Prawo do powiedzenia „nie”.
Prawo do popełnienia błędu.
Prawo do kochania czegoś, czego inni nie uważają za wystarczająco ważne.
I wreszcie prawo do tego, żeby w trosce o nasze bezpieczeństwo nie zgubić po drodze nas samych.
Kiedy żurawie odlatują na południe jest też bardzo mocną opowieścią o relacji ojca i syna.
Nie o wielkich konfliktach, tylko o latach niewypowiedzianych emocji. O mężczyznach, którzy nie zawsze potrafili powiedzieć sobie to, co najważniejsze. O miłości wyrażanej niekoniecznie słowami — czasem obowiązkiem, obecnością, działaniem, a czasem niestety również milczeniem.
Ridzén wie, o czym pisze. Z wykształcenia jest socjolożką i zajmuje się między innymi normami męskości w wiejskich społecznościach północnej Szwecji. Ten temat bardzo subtelnie przenika historię Bo: jego sposób przeżywania uczuć, wspominania ojcostwa i rozliczania własnego życia.
I dzięki temu ta powieść nie jest tylko historią o człowieku, który umiera.
Jest także historią o człowieku, który pod sam koniec próbuje zrozumieć, jak kochał.
Czy robił to wystarczająco dobrze.
Czy powiedział wystarczająco dużo.
Czy ci, którzy zostaną, będą wiedzieli.
Ridzén pisze o tym wszystkim bez taniego dramatyzmu i bez emocjonalnego szantażu. Nie potrzebuje wielkich scen ani zdań, które mają zostać podkreślone i wrzucone na Instagram.
Najbardziej bolą tu rzeczy małe.
Zapach.
Dotyk.
Codzienny rytuał.
Pies leżący obok.
Świadomość, że coś, co jeszcze wczoraj było oczywiste, dziś może wydarzyć się po raz ostatni.
I może właśnie dlatego ta książka zostaje.
Bo nie mówi o śmierci jak o wydarzeniu, które pewnego dnia następuje.
Mówi o odchodzeniu jako o całej serii pożegnań, które zaczynają się znacznie wcześniej.
Z własną sprawnością.
Z rolą, jaką przez całe życie pełniło się w rodzinie.
Z przekonaniem, że zawsze będzie można zrobić wszystko samemu.
Z bliskimi w takiej postaci, w jakiej się ich pamiętało.
Z codziennością, której wartości często nie zauważamy, dopóki ktoś nie zaczyna nam jej odbierać.
To jedna z tych książek, po których siedzi się chwilę w ciszy, zanim sięgnie się po cokolwiek innego.
Nie dlatego, że próbuje nas złamać.
Dlatego, że bardzo delikatnie zmusza do pomyślenia o czymś, od czego zazwyczaj wolimy odwracać wzrok.
O własnych rodzicach.
O własnej starości.
O tym, jak chcielibyśmy być traktowani, kiedy pewnego dnia sami zaczniemy potrzebować pomocy.
I o tym, czy będziemy potrafili odróżnić troskę od przejmowania kontroli.
Bo Kiedy żurawie odlatują na południe nie jest tylko opowieścią o starości.
To opowieść o godności.
O tym, jak bardzo każdy z nas chce do końca pozostać sobą.
I o tym, że czasem największą czułością nie jest decydowanie za drugiego człowieka.
Jest nią uznanie, że jego życie — nawet kruche, zależne od innych i zbliżające się do końca — nadal należy do niego.
Komentarze
Prześlij komentarz