Przejdź do głównej zawartości

Posty

Recenzja: „Reminders of Him" Colleen Hoover – książka, która najpierw łamie serce, a potem je skleja

Mam z Colleen Hoover relację love-hate. Czasem jej historie wydają mi się zbyt schematyczne, ale potem pojawia się taka książka jak „Reminders of Him" i przypomina mi, dlaczego ta autorka wciąż trzęsie emocjami czytelników na całym świecie. Ta książka, choć przeczytana kilka lat temu, została ze mną na długo. I chociaż nie była idealna, uderzyła w tak czułe struny, że płakałam przy niej kilka razy. Kenna Rowan wraca. Po latach spędzonych w więzieniu wchodzi z powrotem do świata, który zdążył ją skreślić, pogrzebać i zapomnieć. Wraca do miasta, w którym straciła wszystko — wolność, godność, miłość. Ale przede wszystkim wraca po córkę, której nigdy nie poznała. I właśnie tutaj Hoover robi coś, czego nie spodziewałam się po niej w takim stopniu — surowo, bezkompromisowo portretuje kobietę, którą społeczeństwo zredukowało do jednego błędu. Kenna nie jest idealna. Nie jest nawet szczególnie sympatyczna na pierwszy rzut oka. Jest zdesperowana, pogubiona i ledwo znosi ciężar własnej winy...

„Deep End" Ali Hazelwood – od łóżka do miłości, czyli slow burn odwrócony do góry nogami

Jeśli myśleliście, że o Ali Hazelwood wiecie już wszystko, to „Deep End" jest jak skok na główkę do lodowatej wody — otrzeźwiający, intensywny i satysfakcjonujący. Zapomnijcie o hokeistach czy futbolistach. Ali zabiera nas na basen Stanfordu i stawia na sporty, na których rzadko opiera się fabuła: on jest pływakiem, ona skoczkinią do wody. I to jest genialne, bo od pierwszych stron czujesz, że ta historia będzie inna niż wszystko, co Hazelwood pisała wcześniej. Scarlett i Lukas to nie są zagubione dzieciaki, które potykają się o własne uczucia i nie potrafią się komunikować. To dojrzali, świadomi siebie ludzie, którzy wiedzą, czego chcą — od życia, od sportu i od siebie nawzajem. Ich relacja zaczyna się od łóżka, czysto fizycznie, bez zobowiązań i wielkich deklaracji. I normalnie to byłby przepis na katastrofę albo na płytki romans, który zapominasz po tygodniu. Ale Hazelwood robi z tym coś wyjątkowego — powoli, rozdział po rozdziale, przemyca emocje tam, gdzie miała być tylko che...

Recenzja: „Gideon z Dziewiątego" Tamsyn Muir – śmierć nigdy nie była tak zabawna (i tak bolesna)

Tamsyn Muir nie bawi się w uprzejmości i nie rozkłada przed czytelnikiem czerwonego dywanu. Zamiast tego wyważa drzwi z kopa, wrzuca Cię w sam środek nekromantycznego chaosu i patrzy z rozbawieniem, jak próbujesz nie utonąć w morzu kości i sarkazmu. I to jest właśnie pierwszy test, jaki ta książka stawia przed czytelnikiem. Wylądowałam w samym centrum rzeczywistości, która nie miała najmniejszego zamiaru mi się tłumaczyć. Żadnych łagodnych wprowadzeń, żadnego słowniczka pojęć na start, żadnej wyciągniętej dłoni od autorki. Świat Muir po prostu jest — brutalny, skomplikowany, pełen nazw Domów, terminologii i rytuałów, które początkowo przyprawiały o zawrót głowy. Ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Bo to jedno z tych doświadczeń czytelniczych, kiedy czujesz, że autor nie próbuje Cię na siłę przekonać do swojej wizji — ona funkcjonuje niezależnie od Ciebie, a Ty masz się w niej po prostu odnaleźć. Albo zginąć próbując. W centrum tego nekromantycznego szaleństwa stoi Gideon Nav. Bezczel...

Recenzja: „Krew Pogromców" Edyta M. Matejko – gdy Wrocław staje się areną wampirów

Przyznam szczerze — moja relacja z debiutem Edyty M. Matejko zaczęła się od sporego wyzwania. Przez pierwsze 30 stron miałam wrażenie, że czytam w kółko to samo. Świat był gęsty, pełen nowych zasad i terminologii, a ja nie potrafiłam się w nim odnaleźć. Było blisko, żebym odpuściła. Ale nie odpuściłam. I Boże, jak się cieszę, że tego nie zrobiłam. Bo od mniej więcej jednej trzeciej książki coś się przełamuje. Akcja zaczyna płynąć, świat przestaje być labiryntem bez mapy i nagle okazuje się, że ta historia ma w sobie coś, co nie pozwala odłożyć czytnika. Skończyło się na tym, że połknęłam całość w jedno popołudnie. I to mówi chyba więcej niż jakakolwiek recenzja. Wrocław w tej historii nie jest tylko tłem — stał się pełnoprawnym bohaterem. Matejko zabiera znane ulice i miejsca i przemalowuje je na mroczną arenę wampirycznego urban fantasy, w którym pod pozorem normalności toczy się nieustanna walka o władzę i przetrwanie. Jest w tym coś niezwykle satysfakcjonującego, gdy rozpoznajesz mi...

Recenzja: „Przywództwo. Oficjalna instrukcja Armii Amerykańskiej" – kiedy wojsko uczy empatii

Myślisz „Armia USA" i co widzisz? Krzyczącego sierżanta z filmów, musztrowanie i bezwzględne posłuszeństwo? Sięgnęłam po tę książkę z czystej ciekawości — chciałam zobaczyć, jak wygląda świat, w którym rozkaz to nie prośba, a hierarchia to nie propozycja. Dostałam kubeł zimnej wody na każdy stereotyp, jaki nosiłam w głowie. Bo ta książka nie jest podręcznikiem o strzelaniu. To instrukcja obsługi drugiego człowieka. I to instrukcja napisana przez ludzi, którzy testowali swoje metody w sytuacjach, gdzie stawką nie był kwartalny raport, ale ludzkie życie. Zaskoczyło mnie, jak ogromny nacisk wojsko kładzie na empatię, charakter i budowanie relacji — rzeczy, które w korporacyjnym świecie często traktuje się jak miękkie dodatki, a tu stanowią fundament całego systemu. Najważniejsza lekcja, którą wyniosłam? W sytuacjach skrajnego stresu ludzie nie idą za tym, kto głośniej krzyczy. Idą za tym, komu ufają. To zdanie zostało ze mną na długo po odłożeniu książki, bo uświadomiłam sobie, jak b...

Recenzja: „Krwawe dziedzictwo" Kristen Ciccarelli – kiedy maski spadają, zostaje tylko ogień

Maska, którą nosiłaś tak długo, została brutalnie zerwana. Człowiek, którego uważałaś za wroga, zna już twoją najmroczniejszą tajemnicę, a ty musisz zdecydować: uciekać czy spłonąć w ogniu, który sama wznieciłaś? W „Szkarłatnej Ćmie" Ciccarelli dała nam teatr — subtelny, niebezpieczny taniec na krawędzi, gdzie każdy gest miał drugie dno, a miłość i zdrada chodziły w parze. Kontynuacja nie ma w sobie nic z tamtej subtelności. „Krwawe dziedzictwo" to moment, w którym kurtyna zostaje podarta na strzępy, światła gasną, a na scenie zostają tylko dwie poranione dusze i prawda, przed którą nie da się uciec. Rune Winters nie jest już tą samą dziewczyną. Etykieta pustej arystokratki, która przez cały pierwszy tom była jej tarczą i bronią jednocześnie, przestała ją chronić. Gideon widział jej prawdziwą twarz. Wie, czym jest. Wie, co potrafi. I ten fakt zmienia absolutnie wszystko — nie tylko ich relację, ale samą Rune od środka. Bohaterka, którą poznajemy w tym tomie, jest jeszcze bard...

Recenzja: „Ja, Anielica" Katarzyna Berenika Miszczuk – kiedy w niebie robi się goręcej niż w piekle

Czy grzeczne anielice mają równie ciekawe życie co diablice? Wiktoria Biankowska wraca, a jeśli myśleliście, że pierwszy tom był szaloną jazdą — przygotujcie się, bo Miszczuk dopiero się rozkręcała. Druga część serii to prawdziwy rollercoaster. Akcja jest tu zdecydowanie bardziej wartka i skondensowana niż w „Ja, diablica" — autorka nie traci czasu na ponowne wprowadzanie nas w świat, tylko od pierwszych stron rzuca bohaterów w sam środek niebezpiecznej intrygi, która łamie odwieczne pakty między Niebem a Piekłem. Stawka rośnie, tempo śledztwa nie pozwala złapać oddechu, a przez książkę dosłownie się płynie. I tu pojawia się coś, czego się nie spodziewałam — Niebo. Jeśli piekło w pierwszym tomie było fascynującą, pokręconą korporacją, to Niebo u Miszczuk okazuje się jego lustrzanym odbiciem, tyle że w białych szatach. Pod sterylną czystością i anielską doskonałością kryją się prawdziwe, skomplikowane charaktery — istoty, które mają swoje sekrety, ambicje i słabości. A wizja aniels...

Recenzja: „Ja, Diablica" Katarzyna Berenika Miszczuk – kiedy piekło okazuje się lepsze niż niebo

Czy śmierć może być najzabawniejszą rzeczą, jaka Cię spotkała? Wiktoria Biankowska miała pecha — zginęła młodo i to w dość głupi sposób. Ale zamiast nudnej chmury w niebie, dostała bilet do piekła, status diablicy i Beletha. A uwierzcie mi, ten diabeł to definicja kłopotów, w które każda z nas chciałaby się wpakować. Katarzyna Berenika Miszczuk stworzyła świat, w którym piekło to nie ogień i wieczne potępienie — to miejsce z własną hierarchią, zasadami i absurdalnym biurokratycznym porządkiem, który momentami przypomina najbardziej pokręconą korporację, jaką można sobie wyobrazić. I to jest genialne, bo pod warstwą humoru i fantastyki kryje się zaskakująco trafny komentarz o systemach władzy i miejscu jednostki w machinie, która ją przerasta. Wiktoria jako bohaterka to absolutny strzał w dziesiątkę. Jest uparta, ma niewyparzony język i nawet przed samym Lucyferem nie zamierza padać na kolana. W świecie pełnym potężnych istot, które mogłyby ją zmiażdżyć jednym spojrzeniem, ona idzie do ...

Recenzja: „God of Pain” Rina Kent – kiedy cisza krzyczy najgłośniej

Sięgając po książki Riny Kent, zazwyczaj spodziewamy się toksycznego chaosu i moralnej szarości, która brudzi ręce. God of Pain to jednak zaskoczenie. To historia, która z pozoru wpisuje się w dobrze znany schemat grumpy & sunshine, ale pod tą cukierkową powłoką kryje się coś znacznie bardziej bolesnego. To opowieść o tym, że najgłębsze rany to te, których nie widać na pierwszy rzut oka. Creighton King to definicja mroku. Jest zamknięty w sobie, niebezpiecznie cichy i nosi w sobie gniew, który znajduje ujście tylko w przemocy. Jego milczenie nie jest puste – to cisza, która krzyczy głośniej niż słowa. Naprzeciw niego staje Annika Volkov – dziewczyna, która jest jak żywioł. Rozgadana, zakochana w fiolecie, promienna. Ale to tylko fasada. Jej uśmiech to tarcza, za którą chowa demony przeszłości. Na pierwszy rzut oka są jak ogień i woda. Ona jest chaosem, on pragnie spokoju. A jednak to właśnie Annika jako jedyna potrafi znaleźć wyłom w murze, którym Creigh odgrodził się od świata. J...

Recenzja: „Szkarłatna ćma” Kristen Ciccarelli – taniec na zgliszczach, czyli enemies to lovers, na które czekaliśmy

Wyobraź sobie, że musisz uśmiechać się do człowieka, który najchętniej widziałby cię martwą. Że musisz flirtować z kimś, kto ma krew twoich bliskich na rękach. W świecie stworzonym przez Kristen Ciccarelli życie to nieustanny teatr, a jeden fałszywy gest kończy się na szafocie. „Szkarłatna ćma” nie prosi o uwagę – ona jej żąda, wciągając nas w rzeczywistość, gdzie magia jest zbrodnią, a miłość aktem samobójczym. Autorka zabiera nas do świata stylizowanego na mroczne czasy inkwizycji. Po krwawej rewolucji czarownice stały się zwierzyną łowną, którą Nowa Republika pragnie wymazać z kart historii. W centrum tego chaosu stoi Rune Winters. Dla świata to tylko pusta, bogata arystokratka, która martwi się doborem sukien i plotkami na salonach. Ale to tylko maska. Gdy zapada zmrok, Rune staje się Szkarłatną Ćmą – nieuchwytną mścicielką, która wyrywa swoje siostry z rąk oprawców. To bohaterka, która nosi w sobie ogromny ciężar winy i strachu, a jej siłą nie jest tylko magia, ale przede wszystki...

Recenzja: „Trzy dzikie psy i prawda" Markus Zusak - książka, która pachnie mokrym futrem

Spodziewałam się, że to będzie wzruszająca książka. Ale nie sądziłam, że trafi mnie prosto w serce. Nie pamiętam, kiedy ostatnio płakałam przy czytaniu – a przy tej opowieści zdarzyło mi się to dwa razy. To książka, która pachnie błotem po deszczu, mokrym futrem i tą poranną ciszą, gdy w domu słychać tylko oddech śpiącego psa. To list miłosny do zwierząt, które zmieniają człowieka od środka, nawet jeśli robią to w sposób nieporadny i nieprzewidywalny. Zusak nie pisze o idealnych psach – pisze o tych prawdziwych: zbyt dzikich, zbyt głośnych, zbyt nieokrzesanych. O Reubenie, Archerze i Frostym – trzech adopciakach, które weszły do jego życia z bagażem lęku, trudnej przeszłości i nieufności. To opowieść pełna śmiechu, złości i bezradności, ale też chwil, które wyciskają łzy wzruszenia. Bo między zniszczonymi meblami, pogryzionymi butami i codziennym „nie daję już rady" pojawiają się momenty, w których wiesz, że właśnie tak wygląda miłość. Nie ta wygładzona z filmów, ale prawdziwa – n...

Recenzja: „Zawsze coś" Marta Kisiel - historia o więziach przykrytych kurzem

Trzeci tom przygód Tereski Trawnej udowadnia, że tytuł serii to samospełniająca się przepowiednia – z Trawnymi naprawdę "zawsze coś". Tym razem na pierwszy plan wysuwa się duet Tereski i Maciejki, którzy wyruszają do rodzinnego domu głównej bohaterki, by uczcić urodziny nestorki rodu. Szybko jednak okazuje się, że życie, jak to zwykle u Marty Kisiel, ma wobec nich zgoła inne plany. Huczne urodziny niespodziewanie zamieniają się w pogrzeb, a krótki jednodniowy wyjazd rozciąga się aż do samych świąt Bożego Narodzenia. Właśnie tam poznajemy całą rodzinę Tereski ze strony ojca Henryka: barwną, głośną, pełną wyrazistych charakterów, a momentami tak absurdalnie ludzką, że trudno się nie uśmiechać. Choć mentalnie daleko im do Tereski, każdy z jej krewnych dodaje tej historii niezbędnego koloru i emocjonalnej głębi. Wielką przemianę przechodzi Maciejka. Ten niegdyś flegmatyczny fan Minecrafta, którego największą pasją była klawiatura i kanapka, wyrasta na ciepłego, bystrego nastolatk...

Recenzja: „Efekt pandy" Marta Kisiel - gdy wyjazd do spa zamienia się w chaos

Jeśli Dywan z wkładką był cudownie absurdalnym połączeniem rodzinnego chaosu i kryminału, to Efekt pandy udowadnia, że nawet w spokojnym spa można wpaść w sam środek zamieszania. Gdziekolwiek bowiem pojawia się rodzina Trawnych, spokój staje się pojęciem czysto teoretycznym. Tym razem Marta Kisiel wysyła swoje bohaterki do spa – w składzie gwarantującym wybuchową mieszankę: Tereska, Mira, Zoja, Pindzia i niezapomniana Briżit. Matka Tereski to kobieta z klasą, temperamentem i językiem, którego nie sposób sklasyfikować. Mieszanka polskiego, francuskiego i rosyjskiego brzmi w jej ustach jak osobna, absolutnie niepowtarzalna symfonia. Każda scena z Briżit to perełka pełna wdzięku, chaosu i czystej błyskotliwości. Cały ten wyjazd to girl power w najczystszej postaci. Kobiety różnych pokoleń, każda z własnym bagażem emocji i doświadczeń, razem tworzą drużynę, którą chce się mieć po swojej stronie w każdej życiowej katastrofie (i podczas masażu tajskiego). Kisiel bawi się konwencją, żongluj...

Recenzja: „Zabić wampirzego najeźdźcę" Carissa Broadbent - kiedy serce mówi głośniej niż rozkaz

Zabić wampirzego najeźdźcę to opowieść, która udowadnia, że w świecie Królestw Nyaxii nie ma prostych granic między światłem a mrokiem, dobrem a złem, ani między tym, co boskie, a tym, co ludzkie. Carissa Broadbent po raz kolejny pokazuje, że potrafi tworzyć historie, które nie tylko wciągają, ale zostają w głowie na długo po ostatniej stronie. Tym razem poznajemy Sylinę – Arachessenkę, akolitkę bogini Acaeji. Dla świata zewnętrznego Siostry są sektą. Dla niej – rodziną. To tam, od dziesiątego roku życia, uczyła się poświęcenia, dyscypliny i tłumienia wszystkiego, co ludzkie. A jednak nawet po piętnastu latach Sylina czuje, że nie do końca pasuje. Że pod powłoką spokoju i posłuszeństwa wciąż tli się coś niebezpiecznie bliskiego… emocjom. I właśnie ten wewnętrzny konflikt czyni ją tak fascynującą bohaterką. Sylina balansuje na granicy między tym, czego się nauczyła, a tym, kim naprawdę jest. Ma w sobie mroczny humor i dystans do samej siebie, który objawia się w najmniej spodziewanych m...

Recenzja: „Dywan z wkładką" Marta Kisiel - plasterek na zszargane nerwy

Poczucie humoru Marty Kisiel jest absolutnie kompatybilne z moim, zresztą tak jest niezmiennie od czasów Dożywocia . I już od pierwszych stron Dywanu z wkładką wiedziałam, że znów przepadnę na dobre. Marta Kisiel serwuje nam bowiem koktajl doskonały: z jednej strony pełnoprawny kryminał z denatem i śledztwem, a z drugiej – cudownie ciepłą i przezabawną opowieść o rodzinie, w której każdy ma swoje dziwactwa, wielkie serce i jeszcze większy talent do pakowania się w kłopoty. W centrum tego chaosu stoi Tereska Trawna – kobieta, której nie da się nie pokochać. To księgowa z duszą perfekcjonistki, zakochana w cyfrach, kawie i kasztankach. Jej uporządkowany świat zasad i tabelek w Excelu wywraca się do góry nogami, gdy spokojne życie zamienia się w scenariusz rodem z Ojca Mateusza skrzyżowanego z Rodzinką.pl . U jej boku stoi mąż Andrzej – istny labrador w ludzkim ciele, wcielenie dobroci i anielskiej cierpliwości. Jest też córka Zoja o błyskotliwym umyśle, pijąca herbatę hektolitrami. C...

Recenzja: „Światła nad moczarami” Lucie Ortega - opowieść, która szepcze

Nie każda historia musi krzyczeć, by zostać usłyszaną. Niektóre szepczą – jak wiatr nad bagnami, jak echo dawno zapomnianych legend. Światła nad moczarami to właśnie taka opowieść. Subtelna, tajemnicza i przesiąknięta melancholią, która wciąga powoli, ale bez reszty. Lucie Ortega zabiera nas na Pogranicze – do świata zawieszonego między życiem a śmiercią, utkanego ze słowiańskiego folkloru. Tu trafia Lena, która po tragicznym końcu staje się nawką: duchem szukającym odkupienia we mgle. Jej los jest okrutną pułapką: w ciągu siedmiu lat musi zwabić kogoś w bagna i odebrać mu życie, inaczej sama rozwieje się w nicość. Ale jak zabić, gdy wciąż pamięta się, co to znaczy być człowiekiem? Fabuła snuje się jak mgła nad tytułowymi moczarami – jest gęsta, hipnotyzująca i nieprzewidywalna. Ortega nie prowadzi czytelnika za rękę. Zamiast tego, zaprasza go, by zabłądził w świecie, w którym każde światło może być iluzją, a każdy szept – głosem zza grobu. To głęboko poruszająca opowieść o samotności...

Recenzja: „Jeśli to cię uszczęśliwia” Julie Olivia - historia, która otula jak ciepły koc

Są książki, które są jak burza. I są takie, które są jak spokojny, jesienny wieczór. Jeśli to cię uszczęśliwia to właśnie ten drugi typ. To historia, która nie krzyczy, a szepcze. Otula, koi i pachnie świeżo parzoną kawą i cynamonem. To literacki comfort food w najczystszej postaci. Całość zanurzona jest w gęstej nostalgii za drugą połową lat 90. Czasów, gdy życie toczyło się wolniej, spotkania odbywały się naprawdę, a w tle z radia leciały przeboje z listy Billboardu. Julie Olivia mistrzowsko odtwarza ten klimat drobnych gestów, rozmów i zapachu domowego ciasta. Do małego miasteczka Copper Run trafia Michelle, uciekając przed przytłaczającym życiem w Seattle. Plan jest prosty: zająć się na chwilę rodzinnym pensjonatem i zamknąć stare rozdziały. Nie wie jeszcze, że to miejsce otworzy zupełnie nowe. Jej poukładany świat burzy Cliff – sąsiad, piekarz i ojciec dwóch córek. Facet z zaraźliwym śmiechem i spojrzeniem, które widzi więcej, niż powinno. To uosobienie prostoty i ciepła, którego...

Recenzja: "Lights Out" Navessa Allen - obsesja, czarny humor i puszysty kot

Są okładki, które po prostu krzyczą: „będziesz się świetnie bawić”. Okładka Lights Out jest właśnie taka. Hipnotyzująca, mroczna i niepokojąco piękna, przywodząca na myśl genialny klimat serialu Miłość, śmierć i roboty . To obietnica mieszanki piękna i grozy, fascynacji i niepokoju. A to, co w środku? Czyste, cudowne szaleństwo. Główną siłą tej historii jest bez wątpienia Aly. To nie jest kolejna księżniczka czekająca na ratunek. To kobieta pewna siebie, świadoma swoich pragnień i nieszablonowa, której po prostu nie da się nie polubić. Obok niej Josh – facet z bagażem traum, zaborczy i momentami niebezpieczny, a jednocześnie tak czarujący, że trudno mieć mu cokolwiek za złe. Ta mieszanka jego słabości i siły przyciąga jak magnes. Tym, co wyróżnia Lights Out , jest genialne przeplatanie mroku z absurdem. Navessa Allen serwuje nam sceny pełne napięcia i erotyzmu, by za chwilę rozbroić nas absurdalnym humorem, przy którym trudno nie śmiać się na głos. A wisienką na tym dziwacznym torcie j...