Przejdź do głównej zawartości

Posty

Ten, który widział. God of Wrath — Rina Kent

Jest pewen szczególny rodzaj samotności, który w gruncie rzeczy okazuje się znacznie gorszy od bycia niekochanym. To dojmująca samotność bycia absolutnie niezrozumianym przez tych, którzy są przekonani, że znają cię najlepiej na świecie. To ten moment, kiedy wszyscy wokół widzą jedynie starannie wyreżyserowaną wersję ciebie, którą dla nich stworzyłaś. I nikt, absolutnie nikt, nie zadaje sobie trudu, by sprawdzić, co kryje się pod spodem. Nie wynika to koniecznie z ich znieczulicy czy braku miłości. Powód jest znacznie prostszy, a przez to bardziej przerażający: stworzona fasada jest wystarczająco przekonująca. Wystarczająco wygodna dla otoczenia. Wystarczająco estetyczna i bezpieczna, by nikt z bliskich nie poczuł wewnętrznej potrzeby szukania głębiej. Cecily Knight opanowała sztukę budowania takiej fasady do perfekcji. I to właśnie Jeremy Volkov jest pierwszą osobą w jej życiu, która nie daje się na to nabrać nawet na ułamek sekundy. To genialny punkt wyjścia dla   God of Wrath . ...

Najodważniejsza rzecz, jaką zrobiła. Lies of My Monster — Rina Kent

Uwaga: tekst zawiera kluczowe punkty zwrotne z fabuły drugiego tomu. Pierwszy tom trylogii przyzwyczaił nas do Sashy, która potrafi przetrwać w każdych, nawet najbardziej nieludzkich warunkach. Ucieczka po brutalnej śmierci najbliższych, całkowite wymazanie dotychczasowej tożsamości, wejście w głąb potwornego, mafijnego świata, który z założenia powinien ją przeżuć i wypluć. Sasha walczy, adaptuje się, zaciska zęby i zostaje. Przechodzi przez to piekło całkowicie samotnie – bo samotność to jedyny stan, jaki zna i jaki uważa za bezpieczny. Stała się kobietą, która nie potrzebuje nikogo i która wydaje się absolutnie niemożliwa do złamania. I właśnie ta sama Sasha w   Lies of My Monster   decyduje się na czyn, jakiego przez całe swoje dotychczasowe życie nie zrobiła nigdy. Ona prosi. Nie robi tego o pomoc w walce, nie o ratunek z opresji, nie o żadną inną rzecz, którą można zmierzyć czy wycenić. Prosi o to, by to ona została wybrana.  Te trzy proste słowa wymagają od niej od...

Gdzie nie powinna czuć się bezpiecznie. Blood of My Monster — Rina Kent

Bezpieczeństwo w naszej podświadomości ma bardzo konkretne, z góry przypisane adresy. Dom rodzinny – jeśli miałaś w życiu wystarczająco dużo szczęścia, by taki posiadać. Ramiona kogoś bliskiego, komu bezgranicznie ufasz. Przestrzeń, którą znasz tak intymnie i dobrze, że możesz całkowicie zamknąć oczy i mieć absolutną pewność, że żaden mrok cię tam nie dosięgnie. Prawdziwe bezpieczeństwo powinno pachnieć znajomością, przewidywalnością, ciepłem i spokojem. Na pewno nie powinno pachnieć Kirillem Morozovem. I właśnie to jest pierwsza, a zarazem najważniejsza rzecz, którą Rina Kent robi w   Blood of My Monster   – rzuca Sashę w samo centrum rzeczywistości, w której zdrowa logika nakazuje jej drżeć ze strachu, podczas gdy coś znacznie głębszego, ukrytego pod pancerzem instynktu przetrwania, wysyła jej zupełnie sprzeczne sygnały. Sasha wkracza w świat Kirilla z potężnym kłamstwem, które staje się jej drugą skórą. Ukrywa się przed przeszłością – dosłownie, fizycznie i tożsamościowo. R...

Recenzja: „Jeszcze słychać tę muzykę. Biłgoraj – sztetl utracony" Andrzej Krawczyk – o mieście, które noszę w sobie

Są takie lektury, przy których trzeba co chwila robić pauzę. Nie dlatego, że są trudne w odbiorze, ale dlatego, że ważą zbyt wiele, by przyjąć je na raz. „Jeszcze słychać tę muzykę” Andrzeja Krawczyka wymagała ode mnie wielu takich przerw i głębokich oddechów. Bo to opowieść o moim mieście. O Biłgoraju. Spędziłam tam dzieciństwo i młodość. Po maturze wyjechałam do Warszawy na studia i już nigdy nie wróciłam na stałe. Ale serce? Serce zostało tam. W lasach Puszczy Solskiej, gdzie sosny szumią tak, jakby opowiadały historie starsze od nas wszystkich. Na ścieżkach Roztocza, gdzie powietrze jest tak czyste, że pierwszy oddech po powrocie zawsze smakuje jak reset — jakby ktoś wyłączył miejski szum i włączył ciszę. Wzgórza pokryte bukami, poranne mgły, zapach żywicy i mokrej trawy po deszczu. To jest krajobraz, który noszę pod powiekami, niezależnie od tego, ile lat minęło i ile kilometrów dzieli mnie od rodzinnego domu. Biłgoraj. Dla większości Polaków to mała kropka na mapie województwa lu...

Recenzja: „Reminders of Him" Colleen Hoover – książka, która najpierw łamie serce, a potem je skleja

Mam z Colleen Hoover relację love-hate. Czasem jej historie wydają mi się zbyt schematyczne, ale potem pojawia się taka książka jak „Reminders of Him" i przypomina mi, dlaczego ta autorka wciąż trzęsie emocjami czytelników na całym świecie. Ta książka, choć przeczytana kilka lat temu, została ze mną na długo. I chociaż nie była idealna, uderzyła w tak czułe struny, że płakałam przy niej kilka razy. Kenna Rowan wraca. Po latach spędzonych w więzieniu wchodzi z powrotem do świata, który zdążył ją skreślić, pogrzebać i zapomnieć. Wraca do miasta, w którym straciła wszystko — wolność, godność, miłość. Ale przede wszystkim wraca po córkę, której nigdy nie poznała. I właśnie tutaj Hoover robi coś, czego nie spodziewałam się po niej w takim stopniu — surowo, bezkompromisowo portretuje kobietę, którą społeczeństwo zredukowało do jednego błędu. Kenna nie jest idealna. Nie jest nawet szczególnie sympatyczna na pierwszy rzut oka. Jest zdesperowana, pogubiona i ledwo znosi ciężar własnej winy...

„Deep End" Ali Hazelwood – od łóżka do miłości, czyli slow burn odwrócony do góry nogami

Jeśli myśleliście, że o Ali Hazelwood wiecie już wszystko, to „Deep End" jest jak skok na główkę do lodowatej wody — otrzeźwiający, intensywny i satysfakcjonujący. Zapomnijcie o hokeistach czy futbolistach. Ali zabiera nas na basen Stanfordu i stawia na sporty, na których rzadko opiera się fabuła: on jest pływakiem, ona skoczkinią do wody. I to jest genialne, bo od pierwszych stron czujesz, że ta historia będzie inna niż wszystko, co Hazelwood pisała wcześniej. Scarlett i Lukas to nie są zagubione dzieciaki, które potykają się o własne uczucia i nie potrafią się komunikować. To dojrzali, świadomi siebie ludzie, którzy wiedzą, czego chcą — od życia, od sportu i od siebie nawzajem. Ich relacja zaczyna się od łóżka, czysto fizycznie, bez zobowiązań i wielkich deklaracji. I normalnie to byłby przepis na katastrofę albo na płytki romans, który zapominasz po tygodniu. Ale Hazelwood robi z tym coś wyjątkowego — powoli, rozdział po rozdziale, przemyca emocje tam, gdzie miała być tylko che...

Recenzja: „Gideon z Dziewiątego" Tamsyn Muir – śmierć nigdy nie była tak zabawna (i tak bolesna)

Tamsyn Muir nie bawi się w uprzejmości i nie rozkłada przed czytelnikiem czerwonego dywanu. Zamiast tego wyważa drzwi z kopa, wrzuca Cię w sam środek nekromantycznego chaosu i patrzy z rozbawieniem, jak próbujesz nie utonąć w morzu kości i sarkazmu. I to jest właśnie pierwszy test, jaki ta książka stawia przed czytelnikiem. Wylądowałam w samym centrum rzeczywistości, która nie miała najmniejszego zamiaru mi się tłumaczyć. Żadnych łagodnych wprowadzeń, żadnego słowniczka pojęć na start, żadnej wyciągniętej dłoni od autorki. Świat Muir po prostu jest — brutalny, skomplikowany, pełen nazw Domów, terminologii i rytuałów, które początkowo przyprawiały o zawrót głowy. Ale zupełnie mi to nie przeszkadzało. Bo to jedno z tych doświadczeń czytelniczych, kiedy czujesz, że autor nie próbuje Cię na siłę przekonać do swojej wizji — ona funkcjonuje niezależnie od Ciebie, a Ty masz się w niej po prostu odnaleźć. Albo zginąć próbując. W centrum tego nekromantycznego szaleństwa stoi Gideon Nav. Bezczel...

Recenzja: „Krew Pogromców" Edyta M. Matejko – gdy Wrocław staje się areną wampirów

Przyznam szczerze — moja relacja z debiutem Edyty M. Matejko zaczęła się od sporego wyzwania. Przez pierwsze 30 stron miałam wrażenie, że czytam w kółko to samo. Świat był gęsty, pełen nowych zasad i terminologii, a ja nie potrafiłam się w nim odnaleźć. Było blisko, żebym odpuściła. Ale nie odpuściłam. I Boże, jak się cieszę, że tego nie zrobiłam. Bo od mniej więcej jednej trzeciej książki coś się przełamuje. Akcja zaczyna płynąć, świat przestaje być labiryntem bez mapy i nagle okazuje się, że ta historia ma w sobie coś, co nie pozwala odłożyć czytnika. Skończyło się na tym, że połknęłam całość w jedno popołudnie. I to mówi chyba więcej niż jakakolwiek recenzja. Wrocław w tej historii nie jest tylko tłem — stał się pełnoprawnym bohaterem. Matejko zabiera znane ulice i miejsca i przemalowuje je na mroczną arenę wampirycznego urban fantasy, w którym pod pozorem normalności toczy się nieustanna walka o władzę i przetrwanie. Jest w tym coś niezwykle satysfakcjonującego, gdy rozpoznajesz mi...

Recenzja: „Przywództwo. Oficjalna instrukcja Armii Amerykańskiej" – kiedy wojsko uczy empatii

Myślisz „Armia USA" i co widzisz? Krzyczącego sierżanta z filmów, musztrowanie i bezwzględne posłuszeństwo? Sięgnęłam po tę książkę z czystej ciekawości — chciałam zobaczyć, jak wygląda świat, w którym rozkaz to nie prośba, a hierarchia to nie propozycja. Dostałam kubeł zimnej wody na każdy stereotyp, jaki nosiłam w głowie. Bo ta książka nie jest podręcznikiem o strzelaniu. To instrukcja obsługi drugiego człowieka. I to instrukcja napisana przez ludzi, którzy testowali swoje metody w sytuacjach, gdzie stawką nie był kwartalny raport, ale ludzkie życie. Zaskoczyło mnie, jak ogromny nacisk wojsko kładzie na empatię, charakter i budowanie relacji — rzeczy, które w korporacyjnym świecie często traktuje się jak miękkie dodatki, a tu stanowią fundament całego systemu. Najważniejsza lekcja, którą wyniosłam? W sytuacjach skrajnego stresu ludzie nie idą za tym, kto głośniej krzyczy. Idą za tym, komu ufają. To zdanie zostało ze mną na długo po odłożeniu książki, bo uświadomiłam sobie, jak b...

Recenzja: „Krwawe dziedzictwo" Kristen Ciccarelli – kiedy maski spadają, zostaje tylko ogień

Maska, którą nosiłaś tak długo, została brutalnie zerwana. Człowiek, którego uważałaś za wroga, zna już twoją najmroczniejszą tajemnicę, a ty musisz zdecydować: uciekać czy spłonąć w ogniu, który sama wznieciłaś? W „Szkarłatnej Ćmie" Ciccarelli dała nam teatr — subtelny, niebezpieczny taniec na krawędzi, gdzie każdy gest miał drugie dno, a miłość i zdrada chodziły w parze. Kontynuacja nie ma w sobie nic z tamtej subtelności. „Krwawe dziedzictwo" to moment, w którym kurtyna zostaje podarta na strzępy, światła gasną, a na scenie zostają tylko dwie poranione dusze i prawda, przed którą nie da się uciec. Rune Winters nie jest już tą samą dziewczyną. Etykieta pustej arystokratki, która przez cały pierwszy tom była jej tarczą i bronią jednocześnie, przestała ją chronić. Gideon widział jej prawdziwą twarz. Wie, czym jest. Wie, co potrafi. I ten fakt zmienia absolutnie wszystko — nie tylko ich relację, ale samą Rune od środka. Bohaterka, którą poznajemy w tym tomie, jest jeszcze bard...

Recenzja: „Ja, Anielica" Katarzyna Berenika Miszczuk – kiedy w niebie robi się goręcej niż w piekle

Czy grzeczne anielice mają równie ciekawe życie co diablice? Wiktoria Biankowska wraca, a jeśli myśleliście, że pierwszy tom był szaloną jazdą — przygotujcie się, bo Miszczuk dopiero się rozkręcała. Druga część serii to prawdziwy rollercoaster. Akcja jest tu zdecydowanie bardziej wartka i skondensowana niż w „Ja, diablica" — autorka nie traci czasu na ponowne wprowadzanie nas w świat, tylko od pierwszych stron rzuca bohaterów w sam środek niebezpiecznej intrygi, która łamie odwieczne pakty między Niebem a Piekłem. Stawka rośnie, tempo śledztwa nie pozwala złapać oddechu, a przez książkę dosłownie się płynie. I tu pojawia się coś, czego się nie spodziewałam — Niebo. Jeśli piekło w pierwszym tomie było fascynującą, pokręconą korporacją, to Niebo u Miszczuk okazuje się jego lustrzanym odbiciem, tyle że w białych szatach. Pod sterylną czystością i anielską doskonałością kryją się prawdziwe, skomplikowane charaktery — istoty, które mają swoje sekrety, ambicje i słabości. A wizja aniels...

Recenzja: „Ja, Diablica" Katarzyna Berenika Miszczuk – kiedy piekło okazuje się lepsze niż niebo

Czy śmierć może być najzabawniejszą rzeczą, jaka Cię spotkała? Wiktoria Biankowska miała pecha — zginęła młodo i to w dość głupi sposób. Ale zamiast nudnej chmury w niebie, dostała bilet do piekła, status diablicy i Beletha. A uwierzcie mi, ten diabeł to definicja kłopotów, w które każda z nas chciałaby się wpakować. Katarzyna Berenika Miszczuk stworzyła świat, w którym piekło to nie ogień i wieczne potępienie — to miejsce z własną hierarchią, zasadami i absurdalnym biurokratycznym porządkiem, który momentami przypomina najbardziej pokręconą korporację, jaką można sobie wyobrazić. I to jest genialne, bo pod warstwą humoru i fantastyki kryje się zaskakująco trafny komentarz o systemach władzy i miejscu jednostki w machinie, która ją przerasta. Wiktoria jako bohaterka to absolutny strzał w dziesiątkę. Jest uparta, ma niewyparzony język i nawet przed samym Lucyferem nie zamierza padać na kolana. W świecie pełnym potężnych istot, które mogłyby ją zmiażdżyć jednym spojrzeniem, ona idzie do ...

Recenzja: „God of Pain” Rina Kent – kiedy cisza krzyczy najgłośniej

Sięgając po książki Riny Kent, zazwyczaj spodziewamy się toksycznego chaosu i moralnej szarości, która brudzi ręce. God of Pain to jednak zaskoczenie. To historia, która z pozoru wpisuje się w dobrze znany schemat grumpy & sunshine, ale pod tą cukierkową powłoką kryje się coś znacznie bardziej bolesnego. To opowieść o tym, że najgłębsze rany to te, których nie widać na pierwszy rzut oka. Creighton King to definicja mroku. Jest zamknięty w sobie, niebezpiecznie cichy i nosi w sobie gniew, który znajduje ujście tylko w przemocy. Jego milczenie nie jest puste – to cisza, która krzyczy głośniej niż słowa. Naprzeciw niego staje Annika Volkov – dziewczyna, która jest jak żywioł. Rozgadana, zakochana w fiolecie, promienna. Ale to tylko fasada. Jej uśmiech to tarcza, za którą chowa demony przeszłości. Na pierwszy rzut oka są jak ogień i woda. Ona jest chaosem, on pragnie spokoju. A jednak to właśnie Annika jako jedyna potrafi znaleźć wyłom w murze, którym Creigh odgrodził się od świata. J...

Recenzja: „Szkarłatna ćma” Kristen Ciccarelli – taniec na zgliszczach, czyli enemies to lovers, na które czekaliśmy

Wyobraź sobie, że musisz uśmiechać się do człowieka, który najchętniej widziałby cię martwą. Że musisz flirtować z kimś, kto ma krew twoich bliskich na rękach. W świecie stworzonym przez Kristen Ciccarelli życie to nieustanny teatr, a jeden fałszywy gest kończy się na szafocie. „Szkarłatna ćma” nie prosi o uwagę – ona jej żąda, wciągając nas w rzeczywistość, gdzie magia jest zbrodnią, a miłość aktem samobójczym. Autorka zabiera nas do świata stylizowanego na mroczne czasy inkwizycji. Po krwawej rewolucji czarownice stały się zwierzyną łowną, którą Nowa Republika pragnie wymazać z kart historii. W centrum tego chaosu stoi Rune Winters. Dla świata to tylko pusta, bogata arystokratka, która martwi się doborem sukien i plotkami na salonach. Ale to tylko maska. Gdy zapada zmrok, Rune staje się Szkarłatną Ćmą – nieuchwytną mścicielką, która wyrywa swoje siostry z rąk oprawców. To bohaterka, która nosi w sobie ogromny ciężar winy i strachu, a jej siłą nie jest tylko magia, ale przede wszystki...